piątek, 28 grudnia 2012

Dojechałam...

Po krótkim namyśle (jakieś 2 min) który resort z tej szkoły (European Snowsport) wybrać, wybrałam Zermatt. Bo bliżej Włoch, bo myślałam, że będzie tam najlepsze połączenie, bo nie jest tak drogie jak St Moritz i droga do niego nie jest tak kręta jak do Verbie.


Po kolejnym krótkim namyśle wybrałam jak tam dojechać. Kupiłam bilet z Warszawy do Bergamo (prawie Mediolan), no a stamtąd wg google to już blisko miało być i zamierzałam w max 3h dotrzeć. Plan awaryjny był taki, żeby jechać pociągiem, ale bym musiała się 2 razy przesiąść i bilet kosztowałby… dużo za dużo! Stwierdziłam, że jak tydzień wcześniej z Pszczyny do Brennej z nartami i wielkim plecakiem dojechałam, to że niby do z Włoch do Szwajcarii 300 iluś tam kilometrów z plecorem, walizką, nartami i sobą samą nie dam rady na stopa? Hmm… może zepsuję właśnie całe napięcie akcji… ale nie dałam! Tak, ja nie dałam rady!
Ale od początku… 21.12.2012, teoretyczny koniec świata… mnie jednak bardziej obchodziło, jak dobrzeć na lotnisko w Warszawie na 5:30 najpóźniej… (na szczęście przenieśli loty na Chopina z Modlina!!!) oczywiście z PKP tylko pod górę, więc albo bym była w WWA o 23 coś tam albo o 6:30. Oł je! Pojechałam PKSem, wybrałam nawet ten z 3 godzinnym zapasem czasu (sama siebie nie poznaję, może świadomość tego, że za samolot zapłaciłam 599 PLN nie pozwalała mi dopuścić myśli, że odleci on beze mnie). Jak już wybrałam jak pojadę, zaczęłam pakowanie… trwało długo, ale się udało!

PRZED

PO
Każda wolna przestrzeń nawet w butach została zagospodarowana!
Na lotnisku byłam przed 3 rano. Do odprawy 3 bagaże, więc poszłam trochę szybciej, a poza tym narty są niewymiarowym bagażem, więc oddaje je się gdzie indziej. 
W sumie: walizka 17,7 kg, plecak 22 kg, narty 15,5 kg, torebka z laptopem ze 5 kg. 
=ok. 60 kg, czyli więcej niż sama ważę.
W samolocie… cóż… kilka razy już w życiu leciałam, ale tak piękne widoki jak podczas tego lotu to nie często się zdarzają. Najpierw mikro chmureczki pod nami, później pojawiły się góry i chmury nagle zaczęły gęstnieć.. no i wschód słońca ;)





PS. bez sensu, bo zdjęcia nie oddają prawdziwego efektu!

Po przylocie niespodzianka – czyli popsuty plecak.. urwali mi pasek od jednego ramienia, więc teraz tak na luzaka mogę nosić 22 kg na jedno ramie…  

Postanowiłam łapać stopa! Po prawie 2 h oczekiwania na parkingu lotniskowym wreszcie wyjechałam docierając do Monzy, od której to 5 km dalej mieszkają moi koledzy z Erasmusa. Stamtąd po chwili dojechałam, jak się później okazało w ciemną dupę, w której znowu utknęłam na prawie godzinę. Już się chciałam poddać i wrócić do chłopaków, nawet smsa już zaczęłam pisać, i pan psychiatra mnie podwiózł. Tu już po chwiluni filipińska rodzinka dowiozła mnie do samej granicy, a tam również po chwili zabrała mnie matka włoszka (okazuje się, że matka polka istnieje również po za granicami naszej ojczyzny), która to odwiozła mnie na dworzec w Lugano. Jak usłyszałam cenę biletu (113 CHF *3.2 PLN...) to bardzo szybko podziękowałam i pobiegłam do matki włoszki z prośbą o podwiezienie na wylotówkę. 
Tam już słońce powoli zaszło.. łzy w oczach miałam, bo zimno strasznie, a droga jeszcze daleka.. podjechała dziewczynka bardzo pozytywna, nic nie stanowiło dla niej problemu, podwiozła gdzie chciałam. Dalej zabrała mnie Pani karteczka (pseudonim nadany od wykonywanego zawodu, czyli sprzedaży kartek pocztowych), która jak się okazało Zermatt odwiedzi, ale w niedzielę dopiero. Zawiozła na dworzec na jaki chciałam i powiedziała do zobaczenia w święta w Zermatt ;)

Wsiadłam do pociągu po 20 minutach oczekiwania na niego i po zakupie biletu za 70 CHF - mój najdroższy bilet ever na pociąg osobowy! W cenie: cały i do tego ciepły wagon dla mnie, konduktorka mówiąca w 3 językach i ciepło, czysto i pachnąco w WC.



Pisząc tego posta siedziałam sobie w tym pociągu i nagle wszystko wydaje mi się to takie banalne…  Może 23 godzina podróży powoduje, że wszystko jest jakieś takie obojętne, a może to to ciepełko i świadomość tego, że mam gdzie spać! Chwilę temu zadzwoniła do mnie moja nowa szefowa szkoły, że naprzeciw dworca zarezerwowali mi pokój w hotelu :) Miło!

Dobrze było się wreszcie położyć chwilę po tym jak dotarło się do celu!

Konkluzja dnia, a w zasadzie dwie:
  • Sztuki pakowania na długie pobyty jeszcze nie opanowałam do perfekcji – koniecznie muszę się nauczyć brać mniej, co by później dźwigać mniej!
  • Muszę bardzoooo szybko oduczyć się przeliczać CHF na PLN, bo prędzej umrę na zawał serca niż zarobię pierwsze CHF.

środa, 26 grudnia 2012

Pora w Zermatt! Jak, co i dlaczego?

Dnia pewnego się obudziła i stwierdziłam, że może praca za biurkiem nie jest dla mnie?!?! Może wreszcie nareszcie chcę cały sezon spędzić na nartach, sporo się nauczyć i sporo innych nauczyć?!

No może tak ;) Napisałam jakieś biedne CV i wysłałam do kilku Polskich szkół narciarskich. Odzew był, ale na tydzień czy dwa. A ja przecież na cały sezon chciałam! Bez rozdrabniania się!

Jak w niedzielę (16.12) wróciłam z Polskich gór (Brenna), z spotkania z instruktorami z polskiego biura podróży na wyjazdy do Austrii, gdzie zaproponowano mi 3 tygodnie… co mało mnie interesowało… wpisałam w gogle „ski schools Europe” i tak oto w poniedziałek (17.12) wysłałam ok. 60 CV. Zaś we wtorek (18.12) masowo zaczęli mi odpisywać :D easy co? Wybrałam Zermatt, bo byli najszybsi i najfajniej brzmieli, poza tym mają spoko stronę www.europeansnowsport.com, z trzech szkół jakie mają wybrałam tą, do której teoretycznie najłatwiej było dojechać - teoretycznie... Kupiłam bilet i w piątek (21.12), w teoretyczny koniec świata, zlądowałam na końcu świata. Tak tak, prowadzi tu tylko jedna droga, i to do tego kolejowa – bo Zermatt jest wioską w której ruch samochodowy ogranicza się tylko do mały elektrycznych aut ;)

Czyli co? Czyli szybka akcja – typowo w moim stylu!

Zostaję tu do końca kwietnia! Tyle wiem na chwilę obecną!