Po kolejnym krótkim namyśle wybrałam jak tam dojechać.
Kupiłam bilet z Warszawy do Bergamo (prawie Mediolan), no a stamtąd wg google
to już blisko miało być i zamierzałam w max 3h dotrzeć. Plan awaryjny był taki,
żeby jechać pociągiem, ale bym musiała się 2 razy przesiąść i bilet kosztowałby…
dużo za dużo! Stwierdziłam, że jak tydzień wcześniej z Pszczyny do Brennej z
nartami i wielkim plecakiem dojechałam, to że niby do z Włoch do Szwajcarii 300
iluś tam kilometrów z plecorem, walizką, nartami i sobą samą nie dam rady na
stopa? Hmm… może zepsuję właśnie całe napięcie akcji… ale nie dałam! Tak, ja
nie dałam rady!
Ale od początku… 21.12.2012, teoretyczny koniec świata… mnie
jednak bardziej obchodziło, jak dobrzeć na lotnisko w Warszawie na 5:30
najpóźniej… (na szczęście przenieśli loty na Chopina z Modlina!!!) oczywiście z
PKP tylko pod górę, więc albo bym była w WWA o 23 coś tam albo o 6:30. Oł je!
Pojechałam PKSem, wybrałam nawet ten z 3 godzinnym zapasem czasu (sama siebie
nie poznaję, może świadomość tego, że za samolot zapłaciłam 599 PLN nie
pozwalała mi dopuścić myśli, że odleci on beze mnie). Jak już wybrałam jak
pojadę, zaczęłam pakowanie… trwało długo, ale się udało!
PRZED
PO
Każda wolna przestrzeń nawet w butach została zagospodarowana!
Na lotnisku byłam przed 3 rano. Do odprawy 3 bagaże, więc poszłam trochę szybciej, a poza tym narty są niewymiarowym bagażem, więc oddaje je się gdzie indziej.
W sumie: walizka 17,7 kg, plecak 22 kg, narty 15,5 kg, torebka z laptopem ze 5 kg.
=ok. 60 kg, czyli więcej niż sama ważę.
W samolocie… cóż… kilka razy już w życiu leciałam, ale tak piękne widoki jak podczas tego lotu to nie często się zdarzają. Najpierw mikro chmureczki pod nami, później pojawiły się góry i chmury nagle zaczęły gęstnieć.. no i wschód słońca ;)
PS. bez sensu, bo zdjęcia nie oddają prawdziwego efektu!
Po przylocie niespodzianka – czyli popsuty plecak.. urwali mi pasek od jednego ramienia, więc teraz tak na luzaka mogę nosić 22 kg na jedno ramie…
Postanowiłam łapać stopa! Po prawie 2 h oczekiwania na parkingu lotniskowym wreszcie wyjechałam docierając do Monzy, od której to 5 km dalej mieszkają moi koledzy z Erasmusa. Stamtąd po chwili dojechałam, jak się później okazało w ciemną dupę, w której znowu utknęłam na prawie godzinę. Już się chciałam poddać i wrócić do chłopaków, nawet smsa już zaczęłam pisać, i pan psychiatra mnie podwiózł. Tu już po chwiluni filipińska rodzinka dowiozła mnie do samej granicy, a tam również po chwili zabrała mnie matka włoszka (okazuje się, że matka polka istnieje również po za granicami naszej ojczyzny), która to odwiozła mnie na dworzec w Lugano. Jak usłyszałam cenę biletu (113 CHF *3.2 PLN...) to bardzo szybko podziękowałam i pobiegłam do matki włoszki z prośbą o podwiezienie na wylotówkę.
Tam już słońce powoli zaszło.. łzy w oczach miałam, bo zimno strasznie, a droga jeszcze daleka.. podjechała dziewczynka bardzo pozytywna, nic nie stanowiło dla niej problemu, podwiozła gdzie chciałam. Dalej zabrała mnie Pani karteczka (pseudonim nadany od wykonywanego zawodu, czyli sprzedaży kartek pocztowych), która jak się okazało Zermatt odwiedzi, ale w niedzielę dopiero. Zawiozła na dworzec na jaki chciałam i powiedziała do zobaczenia w święta w Zermatt ;)
Wsiadłam do pociągu po 20 minutach oczekiwania na niego i po zakupie biletu za 70 CHF - mój najdroższy bilet ever na pociąg osobowy! W cenie: cały i do tego ciepły wagon dla mnie, konduktorka mówiąca w 3 językach i ciepło, czysto i pachnąco w WC.
Pisząc tego posta siedziałam sobie w tym pociągu i nagle wszystko wydaje mi się to takie banalne… Może 23 godzina podróży powoduje, że wszystko jest jakieś takie obojętne, a może to to ciepełko i świadomość tego, że mam gdzie spać! Chwilę temu zadzwoniła do mnie moja nowa szefowa szkoły, że naprzeciw dworca zarezerwowali mi pokój w hotelu :) Miło!
Dobrze było się wreszcie położyć chwilę po tym jak dotarło się do celu!
Konkluzja dnia, a w zasadzie dwie:
- Sztuki pakowania na długie pobyty jeszcze nie opanowałam do perfekcji – koniecznie muszę się nauczyć brać mniej, co by później dźwigać mniej!
- Muszę bardzoooo szybko oduczyć się przeliczać CHF na PLN, bo prędzej umrę na zawał serca niż zarobię pierwsze CHF.








